...więc kimże w końcu jesteś?
Jam częścią tej siły,
Która wiecznie zła pragnąc,
Wiecznie czyni dobro...
Tyle tam mądrości, bo czyż nie jest tak w życiu, że na swej drodze spotykamy też taką "tupę" szatańską podobną do Wolanda i innych...
Woland to nikt inny jak przywódca grupy. Pojawia się ubrany zazwyczaj elegancko, w szarym garniturze i berecie. Podpiera się laską z czarną rączką w kształcie głowy pudla. Prawe oko ma czarne jak czeluść piekielna, w lewym, zielonym, iskrzy się obłęd. Wolandowi podporządkowują się inni członkowie grupy, to on właśnie jest szatanem. Spokojny, zrównoważony, wyrafinowany w swym okrucieństwie.
Korowiow (Fagot) – prześmiewa, tandeciarz, podający się za byłego dyrektora chóru cerkiewnego i tłumacza. Chodzi w czapeczce – bejsbolówce, binoklach z tylko jednym okularem, w którym wybite jest szkiełko i kraciastej marynarce. Główny sprawca wszystkich psikusów i prawa ręka Wolanda.
Behemot – olbrzymi tłusty kot o nienagannych manierach, lowelas, lubiący dobrze wypić.
Asasello – niski, krępy, dobrze zbudowany, z rudymi włosami, bielmem na jednym oku i wystającym kłem. Grubiański, potrafiący świetnie strzelać z pistoletu.
Hella – wiedźma-wampir, o pięknych rudych włosach i z blizną na szyi. Wyuzdana, podobna do rusałki, paraduje nago lub pół-ubrana.
A czy taka miłość w ogóle może się zdarzyć?
Miłość pomiędzy mistrzem a Małgorzatą to cierpienie, tęsknota, oczekiwanie, wspólna pasja, wspólnie spędzony czas, „ciche braterstwo dusz” oraz ogromna siła, zdolna przezwyciężyć przeciwności losu. Uczucie to, wiąże się często z pragnieniem posiadania bratniej duszy - osoby, z którą niemal natychmiast człowieka będzie łączyła nić porozumienia. Nieistotne są względy materialne itp. Ważna jest sama miłość: szczera, wymykająca się schematom i pokonująca wszelkie bariery... Taka miłość może spotkać człowieka przypadkowo na ulicy i od razu stanie się jasne, że to ta szczególna, właściwa osoba...
Dokładnie w ten sposób spotkali się Oni Mistrz i Małgorzata: „Niosła obrzydliwe, niepokojąco żółte kwiaty! (...) Te kwiaty rysowały się bardzo wyraziście na tle jej czarnego płaszcza. Niosła żółte kwiaty! To niedobry kolor! Skręciła z Twerskiej w zaułek Arbatu i wtedy się obejrzała. (...) Szły Twerską tysiące ludzi, ale zaręczam panu, że ona zobaczyła tylko mnie jednego i popatrzyła na mnie nie to, żeby z lękiem, ale jakoś tak boleśnie. Wstrząsnęła mną nie tyle jej uroda, ile niezwykła, niesłychana samotność malująca się w tych oczach. Posłuszny owemu żółtemu znakowi losu ja również skręciłem w zaułek i ruszyłem jej śladem.”
Od momentu spotkania, zaczęli widywać się potajemnie. Małgorzata odwiedzała mistrza w jego skromnym domku przy Arbacie. „Nikt nie wiedział o naszym związku, ręczę panu za to, chociaż to się nigdy nie zdarza. Nie wiedział o nim jej mąż, nie wiedzieli także znajomi. W starym domku, w którym wynajmowałem moją suterenę, wiedziano oczywiście, że przychodzi do mnie jakaś kobieta, ale nikt nie znał jej imienia.” Była to więc miłość zakazana, pełna emocjonalnej „kolorystyki”, nacechowana tęsknotą, radością oczekiwania, nadzieją, ale i smutkiem, niepokojem – taka, która, jak twierdziła Małgorzata, gdyby się nie zdarzyła, pozbawiłaby życie sensu. Mistrz wspominał: „Przychodziła do mnie co dzień w południe, ale czekać na nią zaczynałem już od rana. Oczekiwanie to wyrażało się w ten sposób, że przestawiałem przedmioty na biurku. Na dziesięć minut przed jej przyjściem siadałem przy okienku i nasłuchiwałem, kiedy stuknie rachityczna furtka. I jak to się dziwnie składa – zanim ją spotkałem, bardzo niewiele osób wchodziło na nasze podwórko, można powiedzieć, że nikt tam nie przychodził. Teraz zaś wydawało mi się, że całe miasto podąża na nasze podwórze. (...)
Mistrz i Małgorzata ponadczasowe dzieło...może stać się lekturą do której się wraca i wraca i wraca...
...to dzieło, nad którym się myśli i jest nam dobrze z tym myśleniem...
To literatura przez duże L...
Mam jeszcze do przeczytania tyle książek... :)...i czuję się z tym wyśmienicie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz