Mija dzień, pogodowo nawet nie był w końcu taki zły, jak się zapowiadał. W pracy jak zwykle w poniedziałek... "urwanie głowy", albo jak kto woli "kolorowy zawrót głowy". Weekend to jednak inny wymiar, czasami myślę,że to czwarty wymiar ;) , bo wtedy czuję się jakbym żyła w innym świecie, jakoś tak spokojniej, ładniej, łagodniej, ale są i weekendy, kiedy i odrobina szaleństwa wkrada się w moje chwile i jest czadowo...lubię czadowo...lubię spontaniczność i małe szaleństwa....pomruczeć i zamrauczeć na całe gardło : ).....
Ale do rzeczy "urwanie głowy" ogarnęłam. To chyba dobrze, że daję radę i ciągle do przodu, a to za sprawą cierpliwości.
No właśnie cierpliwość...uczę się jej cały czas. To trudne być cierpliwym. Ona przychodzi z wiekiem i latami, można się jej nauczyć, można wypracować w sobie? W niektórych sytuacjach cierpliwość popłaca ,ale są też takie,że trzeba od czasu do czasu huknąć, bo czasami ona zawodzi, a huknięcie przynajmniej prowadzi do zwrócenia na siebie uwagi, że Jesteśmy, Istniejemy, a nie tylko cierpliwie czekamy.
Cierpliwość idzie w parze ze spokojem.
Obserwuję zmiany, od pewnego już czasu odczuwam spokój ciała i duszy...spokój wewnętrzny, jakie to ważne, jaka to harmonia i jak cisza tam w środku mnie....nie wiem skąd się wzięła ta harmonia, czy to lata, które mijają, czy to doświadczenie, którego nabywam...nie wiem, nie potrafię zdefiniować skąd się to wzięło....
Lubię ten spokój, lubię tę ciszę, lubię harmonię w sobie... czuję wtedy, że mam takie ładne wnętrze, jasne, czyste, otwarte...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz